Ísland. 🇵🇱 Kraina wodospadów | 🇬🇧 The land of the waterfalls

작년

Jakby tu zacząć. Próbowałam z kilkoma wątkami - lodowce, kino drogi, bezkresne przestrzenie... Nic się nie kleiło. Także i ten, o wodospadach, rwał się i kupy nie trzymał. Dopiero przy drugim podejściu udało się, tak sądzę.

W odpowiedzi na jeden z miłych komentarzy pod poprzednim odcinkiem, tym razem postanowiłam zamieścić również wersję angielską.

🇬🇧 For those few non-Polish speaking readers who wants to listen - just scroll patiently Polish text, and you'll find English version 🙂


Zacznijmy w końcu.

Na wyspie kontrastów nie było dnia bez co najmniej kilku wodospadów, małych, średnich i dużych. Już w połowie podróży żartowaliśmy na ten temat, odgrywając między sobą beznamiętne dialogi:

– O, wodospad.
– fajny.

I to nie jest tak, że nam się znudziły. Wszystkie były zachwycające. I te małe, wyglądające z drogi jak strumyki, spływające prosto do oceanu. I te średnie, spadające z gór wieloma kaskadami. I w końcu te największe, najwyższe i najszersze. Po prostu w ten sposób komentowaliśmy tamtejszą rzeczywistość.

Często nie wyciągałam nawet aparatu, bo spotkanie było tak krótkie (na przykład przez okno jadącego samochodu), że szkoda mi było czasu na szamotanie się ze sprzętem. W kilku zaś przypadkach zdjęcia wyszły tak słabe, że nie chcę ich pokazywać. Nieistotne... Byłam tam przecież, wystarczy :)

Do miejsc, z których jakaś dokumentacja jednak powstała, zapraszam Was teraz.


Złoty wodospad i... pierwsza eko bojowniczka?

Gullfoss - pierwszy islandzki wodospad, jaki zobaczyłam. Wchodzi w skład popularnej trasy turystycznej zwanej Złotym Kręgiem, której główne atrakcje można zaliczyć podczas wypadu na długi weekend do Reykjaviku.

Woda spływa dwiema szerokimi kaskadami, ustawionymi względem siebie pod kątem prostym i spada do wąskiego kanionu. Wszechobecna, gęsta mgiełka otula odwiedzających.

Jak już wspominałam w poprzednim artykule - przed wyjazdem nie zgłębiałam historii czy geografii odwiedzanych miejsc. Dopiero po powrocie sporo doczytałam i tak na przykład z wodospadem Gullfoss wiąże się ciekawa historia.

Okolica była celem turystów już w XIX wieku. Podobno jeden z wędrowców, zachwycony surową urodą terenu zapragnął go... kupić. Pojawiali się też goście o zupełnie innych zamiarach. Na początku XX wieku pewien zagraniczny inwestor wybrał to miejsce na budowę hydroelektrowni i po przepychankach z miejscowymi właścicielami ziemskimi udało mu się podpisać z nimi korzystną dla siebie umowę. Tym samym los wodospadu został przypieczętowany. Wkrótce córka jednego z okolicznych farmerów, Sigridur Tomasdóttir, wielka miłośniczka swych rodzinnych stron, podjęła walkę o unieważnienie umowy. Odbywała konne (podobno też piesze!) wędrówki do oddalonego o 120 km Rejkiawiku, by lobbować u wpływowych i bogatych Islandczyków. Za własne pieniądze wynajęła prawnika (Sveinn Björnsson, późniejszy prezydent Islandii) i choć początkowo nie udało się prawnie unieważnić umowy, to zwróciła na sprawę uwagę opinii publicznej.

Na szczęście budowa zapory opóźniała się głównie z przyczyn finansowych, dzięki czemu w międzyczasie rząd unieważnił umowę i podjął kroki, by w przyszłości chronić pomniki natury przed zniszczeniem. Ostatecznie Gullfoss został sprzedany państwu Islandzkiemu, a w 1979 stał się parkiem narodowym.

Można śmiało powiedzieć, że akcja Sigridur przyczyniła się do przebudzenia świadomości Islandczyków. Po dziś dzień bardzo dbają o swoje naturalne skarby, co nie pozostaje bez znaczenia - pomimo surowego klimatu i peryferyjnej lokalizacji wyspa jest obecnie smacznym kąskiem dla zagranicznych inwestorów ze względu na tanią energię geotermalną. Mimo tego mam nadzieję, że pozostanie niezmieniona przez następne pokolenia.

Kto wie, może to właśnie dzięki Sigridur mogłam podziwiać jeden ze skarbów natury jej kraju? Z perspektywy dzisiejszych czasów, nie wczuwając się zbytnio w ówczesne realia, można by uznać jej walkę za nic wielkiego... Ale pamiętajmy, że był początek XX wieku, a ona była kobietą, niezbyt zamożną wieśniaczką z prowincji.


Seljalandsfoss - 360°

Tak, to jeden z tych słynnych wodospadów, który można obejść dookoła. Przezornie ubrałam więc nieprzemakalne nakładki na spodnie i wielką, foliową pelerynę. Pod spodem miałam jeszcze sławetną kurtkę z puchową podpinką (późniejszy, istotny składnik mojej pidżamy), w związku z czym poruszałam się z gracją astronauty w pełnym rynsztunku. Przełożyło się to niestety na ograniczone możliwości obsługi aparatu. Dodatkowo został on hojnie zmoczony przez mżawkę z wodospadu i prawie rozbity o skały podczas mojego spaceru za kaskadą wody. Dlatego szybko schowałam cały sprzęt do plecaka. To był pierwszy i ostatni raz, gdy założyłam nieprzemakalne spodnie i pelerynę.

Dlatego musicie uwierzyć mi na słowo, że wodospad - a szczególnie widok zza niego na bezkresną równinę - jest przepiękny. Spada z klifu dawnego nabrzeża i towarzyszy mu co najmniej kilka innych, mniejszych wodospadów.

Dwie fotki z tych, które udało mi się uratować z całej sesji wykonanej starym telefonem nawet w połowie nie oddają piękna tego miejsca. Dla zainteresowanych proponuję wkleić nazwę Seljalandsfoss w grafikę google ;)


Skógafoss - pocztówka z wakacji

Właśnie tak nazwałam to miejsce. Stanowi jeden z tych efekciarskich widoczków, na tle którego chętnie trzaska się selfie i wrzuca w media społecznościowe. I nie mówię tego złośliwie - panorama zapiera dech w piersi, zarówno ta oglądana z poziomu "0" jak i ze szczytu wodospadu.

Miałam to szczęście, że akurat świeciło słońce i mogłam podziwiać podwójną tęczę, z której słynie ten wodospad.

Cóż mogę więcej powiedzieć... stałam na górze z otwartą paszczą i podziwiałam.

Schodząc w dół zgubiłam czapkę, robioną na drutach, prezent od koleżanki. Zorientowałam się dopiero na parkingu i przez dłuższy moment biłam się z myślami... wracać, szukać? W końcu pomyślałam - trudno, niech tu zostanie. Czy mogłam sobie wymarzyć piękniejsze miejsce, by ją zgubić?

Po kilku minutach dołączyła do mnie grupka towarzyszy podróży, już z daleka machając moją czapką :) Okazała się tak charakterystyczna, że od razu ją skojarzyli ze mną. W dalszą drogę ruszyłyśmy wciąż razem... Całe szczęście, bo już wkrótce i ona stała się niezbędną częścią mojej pidżamy.

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Wzmianka o tęczy otworzyła nową szufladkę w mojej głowie i lepiej będzie, jeśli się nią teraz zajmę. Inaczej pozostanie otwarta do następnego artykułu i będzie mnie rozpraszać.

Zostawmy więc na chwilę wodospady.

Tęcza...

... to jeden z istotnych składników islandzkiego krajobrazu. Towarzyszy wodospadom (a już wiecie, że jest ich na wyspie bardzo dużo), ale nie tylko. Pogoda na wyspie jest bardzo zmienna - pod tym względem nie można się nudzić. W ciągu dnia okoliczności i nastrój zmieniają się praktycznie z minuty na minutę. Zdarzało się tak, że przybywaliśmy w jakieś miejsce w mżawce, a pół godziny później odjeżdżaliśmy w jaskrawym słońcu. Chmury tworzą nieustanny, dramatyczny spektakl na niebie, a człowiek raz po raz wjeżdża lub wyłania się z deszczu. Dzięki temu przynajmniej raz dziennie mogłam podziwiać tęczę, w różnych miejscach i okolicznościach.

Podczas wędrówki przez równinę Sólheimasandur...

...do plaży, na której leży wrak samolotu Dakota typu C-117.

Niezmierzona równina robi piorunujące wrażenie - tylko kamienie i piach.

Skąd taki księżycowy krajobraz? Otóż okazuje się, że jest to potencjalnie jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na Islandii. Wędrując w stronę plaży ma się za plecami góry i dwa lodowce: Mýrdalsjökull i Vatnajökull. Co jakiś czas teren nawiedzają Jökulhlaup, czyli gwałtowne fale powodziowe pędzące w stronę oceanu, powstałe wskutek wybuchu wulkanu pod lodem. W latach 90-tych przeszła tędy fala o wysokości 10 metrów, zmiatając wszystko na swej drodze. Do tego dodajmy zmienne warunki pogodowe - w mglisty dzień łatwo jest się zgubić i szybko wychłodzić, o czym łatwo zapomnieć wędrując w towarzystwie pełnego słońca.

Gdzieś na zachodzie...

...w drodze nad Wielorybi Fiord. Złapane z okna samochodu.

Camping nad jeziorem Mývatn

Padało prawie całą noc, a rankiem rozpoczęła się przepychanka pomiędzy chmurami i słońcem.

Camping położony jest w starym lesie brzozowym (jednym z nielicznych, jakie przetrwały), który choć mnie zdał się ledwo zagajnikiem, podważa utarty pogląd, że na wyspie nie ma lasów.

Otóż są, choć na razie nieliczne. Szacuje się, że przed napływem norweskich osadników w połowie IX w. n.e. około 25-40% wyspy pokrywały lasy. Ekspansja człowieka doprowadziła do ich wytrzebienia, w czym pomagały surowe warunki pogodowe. Dopiero na początku XX wieku rozpoczęło się zadrzewianie Islandii (kraj ten jest obecnie w światowej czołówce jeśli chodzi o tempo zalesiania), które trwa do dziś. Podczas podróży uwagę zwracają liczne poletka drzew wyglądające, jak nasze szkółki leśne.

Jest taki znany żart o islandzkich lasach:

Co zrobić, gdy zgubisz się w islandzkim lesie? Po prostu wstań.

Wygląda na to, że w przeciągu kilku pokoleń straci na aktualności, czego mieszkańcom wyspy życzę z całego serca.

Tęcze mieszkają też w Islandzkich miastach...

...i zdaje się, że mało kogo obchodzi, czy są tam z powodów ideologicznych czy ot tak, z miłości do tego zjawiska. Znamienne, że te, które widziałam, prowadzą do kościołów. Protestanckich... ale jednak ;)

Seyðisfjörður - urocze miasteczko na wschodzie, przycupnięte nad fiordem o tej samej nazwie.

Nie powstrzymam się przed dodaniem kilku fotek z dojazdu nad fiord i trekingu po okolicy.

Tęcza w Reykjaviku


Ufff, szuflada z tęczą wygląda na pustą (przy okazji wypchnęłam kilka innych pobocznych wątków)... możemy wrócić do wodospadów.


Wśród niezwykłych skał na wschodzie, czyli...

...Litlanesfoss i Hengifoss. Aby do nich dotrzeć trzeba odbyć dość wymagający trekking, wynagrodzony pięknymi widokami i dwoma wodospadami.

Pierwszy - Litlanesfoss, w otoczeniu fantastycznie ukształtowanych słupów bazaltowych. Skały te powstały podczas zastygania lawy i w tej formie występują w wielu miejscach na wyspie. Na przykład na czarnej plaży w Vík, o której jeszcze kiedyś obszerniej wspomnę.

I jego większy brat Hengifoss na tle warstw bazaltu i gliny. To trzeci co do wysokości wodospad na Islandii - ma 128 metrów. Po jego lewej stronie widać jeszcze kilka innych, małych wodospadów.

Moją uwagę przyciągnęły także inne skały, otaczające wodospad. Przypuszczam, że Islandia musi być rajem dla geologów.

Skojarzenia miałam głównie spożywcze, a uściślając – cukiernicze.

Piszinger, potocznie zwany andrutem – w całości.

A tu pokrojony. Trochę się pokruszył.


Północne pustkowia

I znowu na koniec zostawiłam miejsce dla mnie wyjątkowe. Takie, które odcisnęło niezatarte wrażenie i wzbudziło tęsknotę już w momencie, gdy odwróciłam się, by odejść.

Detiffoss - jedyny wodospad, o którym miałam odrobinę wiedzy przed wyjazdem. Dwie rzeczy – że jest to najpotężniejszy wodospad na Islandii pod względem ilości przepływającej wody oraz że to nad nim Ridley Scott nakręcił scenę otwierającą Prometeusza. Można mieć sprzeczne odczucia co do filmu, ale ta pierwsza scena robi wrażenie. Z niepokojem czekałam więc na zderzenie oczekiwań z rzeczywistością.

Do wodospadu idzie się z parkingu około 10 minut, bezkresnym, kamienistym rumowiskiem. Schodząc w dół po ścieżce słyszałam narastający huk, ale starałam się nie patrzeć... Chciałam stanąć oko w oko z żywiołem czując jednocześnie jego mokry oddech na twarzy.

I stanęłam. W noc poprzedzającą to spotkanie padał silny deszcz, przez co wodospad wydawał się jeszcze potężniejszy. Ilość wody przewalającej się przez jego krawędź, jej spieniona, brunatna struktura, przyprawiała o dreszcze. Jedyne słowo, jakie przez kilka minut krążyło mi po głowie, to majestat. Byłam oszołomiona pierwotną, bezkompromisową siłą, zdolną zmieść z powierzchni ziemi każdą przeszkodę. W połączeniu z nieustającym grzmotem spektakl hipnotyzował.

W dodatku dosłownie na moment wyjrzało słońce i pojawiła się tęcza :)

Z transu otrząsnęłam się dopiero po odejściu kilkudziesięciu metrów. Niestety nie miałam czasu na dłuższy spacer... jest to jedno z kilku miejsc, do których bardzo chcę wrócić, bo czuję ogromny niedosyt.

To wyższy stopień wodospadu - nie dotarłam tam... 😞

Cała okolica odwiedzona tamtego dnia wprowadziła mnie w dziwny, melancholijny nastrój. Ogromne lawowe rumowiska, które wyglądały tak, jakby wielki troll przeorał pługiem całe hektary zastygłej skorupy magmy. Kopce wygasłych wulkanów usypane z popiołu. Siarkowe wyziewy. Mordor.

Wygasły wulkan Hverfjall - 2500 lat temu było tu piekło.

Spacer krawędzią krateru to niezapomniane przeżycie.

Niezwykłe miejsce. Jak podróż w czasie do początków Ziemi, młodej, ledwo okrzepłej. Czułam się, jak jedyny człowiek na świecie, gość, obserwator. Jedyny, ale wcale nie samotny.

To była jednocześnie podróż w głąb siebie. Będąc tam doświadczyłam namacalnie obecności tych wszystkich sprzeczności w swoim własnym, wewnętrznym krajobrazie. Są w nim miejsca słoneczne, jasne i bezwietrzne. Łagodne, skąpane w słońcu i zieleni wzgórza, tęcze, połyskliwe wodospady... ale są też obszary we władaniu niszczących żywiołów, pola jałowej pustki, pozornie bez życia. Warto wyjątkowo dokładnie zwiedzić strefę cienia. Jeśli mu się dobrze przyjrzeć, to powie nam o nas samych o wiele więcej, niż jasna strona.

Z Krainy Sprzeczności nadawała @Wadera. Peace&Love!



🇬🇧

Hello, People :)

I usually write only in Polish, but under the last post about holidays in Iceland, I found a nice comment from a reader from Greece (greetings, @fotostef) ... So I decided to translate the next posts in this series.


Today I want to tell you about waterfalls ... and more. In Iceland, I saw about dozens of waterfalls, small, medium and large. Already in the middle of the journey, we joked about it, playing dispassionate dialogues among ourselves:

– Oh, another waterfall.
– that's cool.

And it's not like we were bored, we simply commented reality in this way. All those waterfalls were delightful. Small ones, looking like brooks, flowing straight into the ocean. And medium, with many cascades, falling from the mountains. And finally the largest, highest and widest.

I often didn't even take my camera out because the meeting was so short - for example through the window of a moving car. In some cases, the photos came out so poor that I don't want to show them... Doesn't matter... I get these pictures in my head.

So, I invite you now to visit some beautiful places in incredible Iceland.


Golden waterfall and... first eco fighter?

Gullfoss - the first Icelandic waterfall I saw. It's one of the objects of the popular tourist route called the Golden Circle, which main attractions are relatively close to Reykjavik.

The water flows down two wide cascades set at right angles to each other and falls into a narrow canyon. Thick water fog envelops tourists.

This place is connected with an interesting story.

The area was a tourist destination as early as the nineteenth century. There were also guests with completely different intentions. At the beginning of the twentieth century, a foreign investor chose this place to build a hydroelectric plant. After many discussions with local landowners, he managed to sign a contract with them. Thus, the fate of the waterfall was sealed. But soon the daughter of one of the nearby farmers, Sigridur Tomasdóttir, a great admirer of Gullfoss, began to fight for the annulment of the contract. She travelled many times on horseback (supposedly also on foot!) to Reykjavik 120 km away, to convince rich and influential Icelanders to annul the contract. She hired a lawyer (Sveinn Björnsson, later president of Iceland) for her own money, and although the contract couldn't be annulled initially, she drew the public's attention to the case.

Fortunately, the construction of the dam was delayed mainly for financial reasons, thanks to which the government annulled the contract in the meantime and took steps to protect the monuments of nature from destruction in the future. Eventually, Gullfoss was sold to the Icelandic State, and in 1979 it became a national park.

It can be safely said that the Sigridur action has awakened Icelanders' consciousness. To this day, they care very much about their natural treasures, which is not without significance - despite the harsh climate and peripheral location, the island is currently a coveted target for foreign investors due to cheap geothermal energy.

Who knows, maybe it's thanks to Sigridur that we can admire one of the country's natural treasures?


Seljalandsfoss - 360°

This is one of those famous waterfalls that you can circle. So I put waterproof overlays for pants on and a large, plastic cape. I moved with the grace of an astronaut in a spacesuit. Unfortunately, because of this, I had difficulties in using the camera, in addition, it got wet by a water fog and almost smashed against the rocks during my walk behind the cascade of water. That is why finally I put all the equipment in my backpack. It was the first and last time I put on waterproof pants and a cape.

That's why you have to take my word for it, that the waterfall - and especially the view from behind it - is beautiful. It falls off the cliff of the old quay and there are other smaller waterfalls nearby.

Two photos from the ones I was able to save from the whole session, were made with an old phone and don't give half the beauty of this place. For those interested, I suggest pasting the name Seljalandsfoss in google;)


Skógafoss - holiday postcard

That's what I called this place. It's one of those eye-catching views, on which background tourists take a selfie and upload it into social media. And I don't say it maliciously - the panorama is breathtaking, both the one viewed from the "0" level and from the top of the waterfall.

I was lucky that the sun was shining and I could admire the double rainbow that this waterfall is famous for.

What can I say more ... I stood upstairs with my mouth open and admired.

Going down I lost my knitted hat, a gift from a friend. I realized only in the parking lot and for a long moment, I was fighting with my thoughts... should I come back and search? Finally, I decided - well, let it stay up there. Could I have dreamed of a more beautiful place to lose it?

After a few minutes, a group of travelling companions joined me, waving my hat from afar :) It turned out it was so characteristic that immediately made them think of me. So we continued our journey together...

I will allow myself a little digression here. The mention of the rainbow opened a new memory box in my head and it would be better if I took care of it now. Otherwise, it will remain open until the next article ;)

So let's leave the waterfalls for a while.

The rainbow...

... is one of the important components of the Icelandic landscape. Accompanies waterfalls (and there are a lot of them on the island), but not only. The weather on the island is very variable - in this respect, you can't be bored. During the day it changes minute to minute. Clouds create a continuous, dramatic spectacle in the sky, from rain to the sun, and vice versa, again and again. Thanks to that, at least once a day, I could admire the rainbow in various places.

** When travelling across the plain Sólheimasandur...**

... to the beach where the Dakota C-117 plane wreck lies.

The immeasurable plain makes a great impression - only stones and sand.

Why such a lunar landscape? Well, it turns out that this is potentially one of the most dangerous places in Iceland. Wandering towards the beach, you have mountains and two glaciers behind you: Mýrdalsjökull and Vatnajökull. From time to time, the area is haunted by Jökulhlaup, i.e. violent flood waves rushing towards the ocean, resulting from a volcanic eruption under the ice. In the 90s a 10-meter high wave passed this way, sweeping everything in its path. Add to this the changing weather conditions - on a foggy day, it's easy to get lost and cool down quickly, which is easy to forget wandering in the company of the full sun.

Somewhere in the west...

... on the way to the Whale Fjord. Caught from the car window.

Camping by the lake Mývatn

It was raining almost all night, and in the morning there was a fight between the clouds and the sun.

The campsite is in an old birch forest, one of the few that survived.

It's estimated that before the influx of Norwegian settlers in the middle of the 9th century CE, about 25-40% of the island was covered by forests. The expansion of man led to their extermination, which was also helped by harsh weather conditions. It was only at the beginning of the 20th century that the reforestation of Iceland began, which continues to this day. In fact, during the trip, I noticed numerous areas of young forest.

There is a classic Icelandic forest joke:

What should you do if you get lost in an Icelandic forest? Stand up.

Well, it seems that in a few generations it will change :)

** The rainbow also lives in Icelandic cities...**

... and it seems that hardly anyone cares if they are there for ideological reasons or just for the love of this phenomenon. It's significant that the ones I saw lead to churches.

Seyðisfjörður - a charming small town in the east placed above the same-named fjord.

I can't resist adding a few photos from the trip to the fjord and trekking around.

The rainbow in Reykjavik


Well, my box with the rainbows was emptied... we can go back to the waterfalls.

Among the unusual rocks in the east...

...Litlanesfoss and Hengifoss. To reach them it's necessary to do quite demanding trekking, rewarded with beautiful views and two waterfalls.

First one - Litlanesfoss, surrounded by fantastically shaped basalt columns. These rocks were formed during the solidification of lava and in this form occurs in many places on the island. For example, on the black beach in Vík, which I will mention more extensively one day.

And his bigger brother Hengifoss against the background of layers of basalt and clay. This is the third highest waterfall in Iceland - it's 128 meters high. On the left, you can see several other small waterfalls.

Other rocks surrounding the waterfall also attracted my attention. I suppose that Iceland is a heaven for geologists.

It reminded me of cookies.

Here are little crumbled.


Northern wasteland

Finally, my very special place. The one that left an indelible impression.

Detiffoss - the only waterfall I had a little knowledge about before journey. I knew two things - that this is the most powerful waterfall in Iceland in terms of the amount of water flowing and that here Ridley Scott shot the opening scene of Prometheus. You may have conflicting feelings about the movie, but this first scene is impressive. So I waited anxiously for the collision of expectations with reality.

I walked to the waterfall from the car park for about 10 minutes, through endless, rocky debris. Going down the path I heard a growing thunder, but I tried not to look ... I wanted to see it only up close.

Finally, I stood face to face with the water element. It was raining the night before, making the waterfall even more powerful. The amount of water running over its edge combined with the constant thunder, its foamed, brown structure... all of this hypnotized me. The only word that circled my mind for a few minutes was majesty. I was stunned by a primal uncompromising force capable to wipe any objects off the face of the earth.

And the sun came out for a moment and a rainbow appeared :)

I shook myself from the trance only after leaving several dozen meters. Unfortunately, I didn't have time for a long walk ... this is one of the places I want to go back to very much.

It's a higher level of waterfall - I didn't get there... 😞

The whole area visited that day put me in a strange, melancholic mood. Huge lava debris that looked like ploughed by a big troll. Mounds of extinct volcanoes made of ash. Sulfur fumes. Mordor.

Extinct volcano Hverfjall - 2500 years ago it was hell.

A walk along the edge of the black crater is an unforgettable experience.

Such an amazing place. Like a journey back in time to the beginning of the Earth, young, barely solidified. I felt like the only man in the world, a guest, an observer. The only one, but not lonely at all.

It was also a journey into myself. Being there I experienced tangibly the presence of all these contradictions in my own internal landscape. There are sunny, bright and windless places. Gentle, sun-drenched hills, rainbows, glistening waterfalls... but there're also areas under the control of destructive elements, fields of barren emptiness, seemingly lifeless. It's worth visiting the shadow zone. You can learn a lot more about yourself there than on the bright side.

Reporting from Land of Contradiction

@Wadera.

Peace & Love!



Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
STEEMKR.COM IS SPONSORED BY
ADVERTISEMENT
Sort Order:  trending
  ·  작년

człowiek zderzony z życiem, rozpada się czasem na milion małych kawałków.

gdy czytam Twoje islandzkie teksty - to ciągle mam wrażenie, jakby te wszystkie kawałeczki - na tamtej ziemi - wskakiwały z powrotem na swoje miejsce; jakby jakiś niewidzialny magnez przesuwał je tam gdzie trzeba.
nagle spokój, nagle harmonia.

choć nie słodka, bo przecież kawałki człowieka są różne:
słoneczne, tęczowe ale tez mroczne i iskrzące;
nie szkodzi.
wchodzisz w te ziemie jak w szyte na Ciebie ubranko; wszystko pasuje.
tak ma być.

najdłużej zagapiłam się na krajobraz księżycowy (tam gdzie wrak samolotu);
choć bulgoczące, spienione wody Detiffoss - tez niczego sobie; (na pierwszej fotce nie wiadomo: gdzie zaczyna się woda, a gdzie kończą skały).

znamy obydwie strony tych emocji.
💚

·
  ·  작년

nagle spokój, nagle harmonia.
choć nie słodka

właśnie. A najlepsze jest to, że ja już na samą słodycz nie liczę i chyba dlatego tak wszystko zaczęło pasować.

If you know what i mean ;)

Would love to visit this place after seeing your wonderful shots

This post has been appreciated and featured in daily quality content rewards. Keep up the good work.

·
  ·  작년

Thank you :)

  ·  작년

Coś wspa-nia-łe-go! !DERANGED

·
  ·  작년

Dzięki ;)

Gratulacje! Twojej wysokiej jakości treść podróżnicza została wybrana przez @lesiopm, kuratora #pl-travelfeed, do otrzymania 100% upvote, resteem oraz podbicia całym trailem @pl-travelfeed! Twój post jest naprawdę wyjątkowy! Artykuł ma szansę na wyróżnienie w cotygodniowym podsumowaniu publikowanym na koncie @pl-travelfeed. Dziękujemy za to, że jesteś częścią społeczności TravelFeed!

komentarz.png

Dowiedz się więcej o TravelFeed klikając na baner powyżej i dołącz do naszej społeczności na Discord.

Twój wartościowy post jest również promowany przez TravelFeed Polska na Facebook i Twitter.

  ·  작년

Ale masa zdjęć.

·
  ·  작년

Oj tam. Mam ich jeszcze ze 3 tysiące ;)

·
  ·  작년

Upvoted 👌 (Mana: 10/15)

deranged You just received DERANGED @wadera Keep up the great work, view all your tokens at steem-engine.com

Greetings @wadera!
Thank you so much for the English version! Your post was the best present I could wish for, after a hard day's work :)

I never thought that you' ll do so much extra work based on my comment, I am overwhelmed by your gesture!
And what an amazing post!!!

Those waterfalls are breathtaking and Dettifoss, in particular, just epic!
Loved the rainbows detour too :)
And the story of Gullfoss added a little more to my preexisting appreciation to the Icelandic people. They have proven, more than once, that they love and cherish their beautiful country and that they can fight wrong when they see it.

Now I am even more impatient for that dream trip, thank you for your in depth, report!

·
  ·  작년

You're welcome 😊

Piękne zdjęcia a jeszcze piękniejsze przeżycia podejrzewam

·
  ·  작년

To prawda, nie da się tego w 100% opowiedzieć ani pokazać :)

Gratuluję zajęcia I miejsca w konkursie na artykuł tygodnia :) Bardzo fajne zdjęcia i tekst. Życzę kolejnych udanych tekstów. Jakub Voyager.

·
  ·  작년

Dziękuję @jakub1234! Fajnie, że dołączyłeś i dzielisz się swoimi wyprawami :)

·
·

Postaram się żeby relacje były ciekawe i wartościowe :)

O matko, ale pięknie!